Więzienie

Czy w więzieniu gwałcą pedofili?

Do tego tekstu przymierzałem się od dawna. Powodów jest kilka – co jakiś czas dostaję do Was pytania, czy członka rodziny skazanego za alimenty, sprzedaż narkotyków pod szkołą albo gwałt może spotkać coś złego w więzieniu.

Oprócz tego za każdym razem gdy pojawia się informacja prasowa o zatrzymaniu zboczeńca interesującego się dziećmi w komentarzach pojawia się kilkunastu znawców, którzy opowiadają, co takiego delikwenta w więzieniu czeka, z tak dokładnymi szczegółami, jakby doświadczyli tego na własnej skórze. Zazwyczaj pieprzą bez sensu, bo coś, gdzieś kiedyś słyszeli, albo oglądali w filmie.

Czy strażnicy biją więźniów, lub w inny sposób się nad nimi znęcają?

Zazwyczaj nie. Co prawda mają całą paletę środków przymusu bezpośredniego, których mogą użyć m.in. wobec osadzonych nie wykonujących poleceń, agresywnych wobec innych osób, niszczących mienie, próbujących uciekać, albo przejawiających zachowania autoagresywne.

Do środków tych należą m.in. siła fizyczna w postaci technik transportowych, obrony, ataku lub obezwładnienia, kajdanki, pałka służbowa, pies służbowy, pociski gumowe, różne formy gazu obezwładniającego, pasy obezwładniające oraz kaski i cele zabezpieczające. Co ważne, funkcjonariusz który nie odpiera ataku na życie, zdrowie lub mienie, ani nie udaremnia ucieczki, nie może w ramach stosowania siły fizycznej uderzać osadzonego.

Pasów obezwładniających używa się w celu unieruchomienia rąk (taki pas zakłada się na pas, a potem w kajdanach na jego bokach zakuwa się nadgarstki osadzonego), albo w celu unieruchomienia całego ciała – tzw. Pasem wieloczęściowym, który przykuwa i ręce i nogi.

Najwięcej przerażających historii słyszałem o tzw. dźwiękach. To gwarowe określenie celi zabezpieczającej, które wzięło się od tego, że cela jest obita w środku materiałem dźwiękochłonnym, co skutecznie izoluje ją od otoczenia. Z jednej strony osadzony nie słyszy co się dzieje na zewnątrz, a z drugiej… Sytuacja w której mamy dźwiękoszczelne pomieszczenie, może prowadzić do nadużyć ze strony funkcjonariuszy. Można osadzonego bić w taki sposób, by nie pozostały ślady (chociażby pałką po piętach – co jest bardzo bolesne), dusić go, oraz poniżać.

Osadzeni niejednokrotnie opowiadali o tym, że na celach zabezpieczających grupy klawiszy dla rozrywki potrafią się znęcać nad osadzonymi. Jak nietrudno się domyślić, historie o funkcjonariuszach zasłyszane od osadzonych często są nieprawdziwe, ale wiem też o tym, że niektóre z nich noszą w sobie ziarno prawdy.

Nie mogę natomiast powiedzieć, że funkcjonariusze i pracownicy cywilni Służby Więziennej są bez grzechu i że nie spotka Cię z ich strony nic złego. Mam trzy przykre doświadczenia w tym zakresie i wszystkie 3 dotyczą więziennej służby zdrowia:

Pierwsze będzie stosunkowo krótkie – ot, miałem zęba, który wymagał leczenia kanałowego. Miałem wtedy 21 lat, przebywałem w areszcie (więc formalnie byłem niewinny), uznałem że zapisze się do dentysty. Dookoła zęba zbudował się dość solidny stan zapalny, liczyłem więc na antybiotyki, które go rozpędzą. Przeliczyłem się. Dostałem znieczulenie, które z uwagi na stan zapalny w zasadzie nie działało. Po minucie dentystka wyrwała mi zęba, praktycznie na żywca, mimo świadomości tego, że znieczulenie nie działa. Ot, w jednostce penitencjarnej nie ma większego znaczenia czy pacjent cierpi.

Kolejna sytuacja to w zasadzie cały rok kanałowego leczenia zęba. Zaczęło się od rozwiercenia i wciskania na żywca trutki w kanał, bo znieczulenia nie miałem w przysługującym mi pakiecie. Do stomatolożki trafiałem co 2-4 tygodnie, za każdym razem zmieniała w zasadzie tylko opatrunek w zębie, nawet nie próbując się zająć rozwijającym się stanem zapalnym, który z każdym dniem powodował większy ból. Z zęba zaczął wydobywać się nieprzyjemny zapach zgnilizny, który odrzucał ludzi, którzy ze mną rozmawiali. Po wyjściu z więzienia nie udało mi się niestety uratować tego zęba i musiałem go wyrwać, ale pozbywanie się stanu zapalnego okostnej trwało ponad 5 tygodni.

I na koniec historia o tym, jak szybko reagują funkcjonariusze w nagłych, bolesnych wypadkach. Któregoś dnia złapała mnie kolka nerkowa. Cholernie bolesna dolegliwość, od 7 rano wymiotowałem żółcią, potem co kilka minut miałem skurcze brzucha, ale nie byłem w stanie niczym już zwymiotować, do tego zwijałem się z bólu, krzyczałem, byłem zlany potem i bardzo blady.

Do tego miałem problemy z oddychaniem, bo musiałem robić to bardzo płytko, żeby nie wywołać mocniejszego bólu. Wielokrotnie wraz ze współosadzonymi z celi wołaliśmy funkcjonariusza, by doprowadził mnie do lekarza, ale trafiłem tam dopiero po ponad 7 godzinach, wykończony, słaniający się na nogach i nadal z tak samo silnym bólem jak na początku.

Dostałem tramal i kilka innych leków przeciwbólowych i rozkurczowych, które sprawiły, że po 30 minutach byłem w stanie normalnie oddychać, poruszać się i jakoś funkcjonować. Gdybym został doprowadzony do lekarza wcześniej, a nie na koniec dnia, to nie cierpiałbym niepotrzebnie przez kilka godzin, a i jestem przekonany, że ból brzucha który miałem potem przez tydzień byłby znacznie mniejszy.

Niestety, to nie są wyjątkowe sytuacje, a nagminny stan, w którym więzienna służba zdrowia działa na szkodę osadzonych. I za każdym razem gdy ktoś się mnie pyta, czy w więzieniu klawisze znęcają się nad osadzonymi, odpowiadam że klawisze nie, ale lekarze jak najbardziej.

W tym miejscu zostawię jeszcze świetny reportaż dziennikarza Onetu, Janusza Schwertnera – „Agnieszka. Śmierć Monitorowana.” ukazujący historię Agnieszki Pysz, 38-letniej aresztantki, która umierała przez ponad tydzień na oczach współwięźniarek i funkcjonariuszy Służby Więziennej. Lekarz twierdził, że udaje, aż zmarła z wycieńczenia.

Czy więźniowie krzywdzą innych więźniów?

Tak, krzywdzą. Mówimy tu o środowisku, w którym jednostki od młodości nawykły do rozwiązywania konfliktów na drodze przemocy. Mimo to mało prawdopodobne jest to, że osadzonego z ręki innego osadzonego czeka poważna krzywda, taka jak gwałt, bardzo ciężkie pobicie, czy śmierć. Przede wszystkim dlatego, że większość więźniów nie chce się dorobić nowego wyroku w trakcie odbywania kary. Taki wyrok nie dość, że przedłuża karę o kolejnych kilka lat (a sądy zazwyczaj orzekają wówczas karę w górnych granicach), to na dodatek w zasadzie pozbawia osadzonego szans na warunkowe zwolnienie.

Natomiast na porządku dziennym jest przemoc psychiczna wobec słabych więźniów, oraz takich, którzy są na dłuższą metę uciążliwi – hałaśliwi, nie utrzymujący higieny i nie potrafiący odnaleźć się wśród innych osadzonych. Objawia się to na różne sposoby – popychanie, poniżanie, zmuszanie do sprzątania celi za innych więźniów, urządzanie z ofiarą gierek, które same w sobie nie stanowią zagrożenia, ale są poniżające i często mają podtekst erotyczny.

W roli ofiary na celi znalazłem się trzykrotnie – pozwolę sobie przytoczyć tutaj kilka zdań z innego mojego wpisu, by pokazać Wam, jak wygląda taka sytucja:

Pierwszy raz, gdy miałem 20 lat. Trafiłem wówczas na cele dla małoletnich (od 17 do 21 r.ż.). Kilku znudzonych gówniarzy postanowiło mnie przetestować. Rozpoczęło się od przepytywania o dotychczasowe życie seksualne, potem pozbawiania mnie części posiłków, próby kradzieży butów, aż do przemocy fizycznej. Miała miejsce również propozycja łagodniejszego traktowania, w zamian za świadczenie usług seksualnych, z której nie skorzystałem. W kolejnej celi grupka która siedziała razem 7 miesięcy zrobiła sobie ze mnie i jeszcze jednego chłopaczka kozły ofiarne. W pewnym momencie uznali że urządzą nam sparring – opuściłem tę celę ze złamanym żebrem, bo mając 160cm wzrostu i ważąc 55kg trudno jest rywalizować z 185cm kolesiem, który trenuje od kilkunastu lat boks.

Półtora tygodnia później musiałem trafić na celę dla dorosłych. Z początku jest spoko, po 2 tygodniach jednak zostaliśmy tam w trójkę, bez telewizora. Współtowarzyszom skończyły się rozrywki, nawet w karty we trzech gra się trudno, więc zaczęli się wyżywać na mnie. W przeciwieństwie do małolatów, ci dwaj chociaż szukali pretekstów. Po kilkunastu dniach, wymuszaniu na mnie dokładnego sprzątania celi i regularnych karach za niedoróbki takich jak uderzenia w głowę plastikową łyżką, którą wygina się wcześniej by uderzyła z większym impetem (niczym odwrócona katapulta), oraz zmuszaniu mnie do picia wody z solą, trafiłem w końcu na normalną celę z normalnymi ludźmi.

Trzeci przypadek przemocy miał miejsce dwa lata później, gdy odbywałem już karę pozbawienia wolności. W ramach prowadzonego postępowania zostałem przetransportowany do Aresztu Śledczego w Poznaniu. Tam również był spokój na celi do czasu, aż nie wyjechał z niej telewizor. Wtedy to współosadzeni próbowali się zacząć na mnie wyżywać za to że pochodzę z Warszawy. Gdy nauczony doświadczeniem postawiłem się i zacząłem się bronić, dali mi spokój. Znaleźli inną ofiarę, ale sytuacja się unormowała dopiero wtedy, gdy na celę wjechał kolejny chłopaczek z własnym telewizorem.

Nigdy nie groziła mi poważna krzywda, nie było też zagrożenia tego, że stracę zdrowie. Byłem też na tyle silny, by nie zrobiło to na mnie większego wrażenia ale sporo słabszych osób mogłoby to doprowadzić do próby targnięcia się na własne życie. Zdarza się to wyjątkowo rzadko, bo funkcjonariuszy Służby Więziennej w ramach swoich obowiązków służbowych starają się brać pod uwagę charakter, temperament i rodzaj popełnionego przestępstwa przy przydzielaniu osadzonych do cel.

Niestety, w przeludnionych zakładach karnych mają dość średnie możliwości do działania, szczególnie gdy w niektórych jednostkach w pojedynczych celach siedzi nawet 30 więźniów (Europejski Komitet do Spraw Zapobiegania Torturom oraz Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowaniu albo Karaniu – w skrócie CPT zaleca, by więźniowie byli osadzani w celach dla 1-3 osób).

Co w takim razie z gwałcicielami, pedofilami, dzieciobójcami i donosicielami?

Jak wspomniałem wyżej – każdy chce spędzić w więzieniu możliwie krótki czas. Z drugiej strony, są pewne kategorie przestępców, których więźniowie zazwyczaj nie tolerują w swoim otoczeniu. Głównie są to osoby skazane za przestępstwa w których ucierpiały dzieci – pedofile, dzieciobójcy, sadyści skazani za znęcanie się nad dziećmi.

Do tego matkobójcy i goście którzy znęcali się nad własną matką. No i donosiciele – Ci z więzienia i Ci z wolności. Gwałcicielami mimo krążącej na wolności opinii o ich ciężkim, więziennym losie nikt się nie przejmuje i ponad 2 tysiące skazanych za gwałt siedzi z całą resztą więziennej populacji.

Z pedofilami też nie jest tak jak w Symetrii, że w nocy więźniowie wstaną i powieszą go na kawałku prześcieradła. Przede wszystkim dlatego, że funkcjonariusz, który ulokowałby takiego gościa w celi z typowymi przestępcami – złodziejami, włamywaczami, czy mordercami, następnego dnia trafiłby na postępowanie dyscyplinarne.

Takie pomyłki się w zasadzie nie zdarzają, więźniowie pod specjalnym nadzorem dostają od razu dodatkowe oznaczenie na celówkach (czyli kartach identyfikacyjnych osadzonego, które przechodzą z nim z oddziału na oddział), oraz w elektronicznym systemie ewidencji osadzonych.

Każda próba przeniesienia go do celi, w której mogłoby go spotkać zagrożenie wywołałaby stosowny komunikat w systemie i wymagałaby dodatkowego potwierdzenia. Więźniowie tacy odbywają karę w osobnych, zazwyczaj dwuosobowych celach (a często na oddziałach terapeutycznych) i w zasadzie nic im na oddziale nie grozi.

Natomiast zdarza się że w drodze na widzenie, do kantyny, lekarza albo dentysty mają oni kontakt z innymi osadzonymi. Często nic się nie dzieje, bo osadzeni nie wiedzą z kim są w jednym pomieszczeniu. Natomiast czasem ktoś rozpozna delikwenta i kończy się to zazwyczaj opluciem, solidnym policzkiem, w najgorszym wypadku kilkoma dość wyważonymi ciosami w nerkę i brzuch. Nic co zrobi poważną krzywdę, ale coś co poniży i sprawi ból.

Funkcjonariusze gdy mogą, to przymkną na to oko – ostracyzm społeczny wobec pedofili i dzieciobójców nie ogranicza się tylko do więźniów – występuje w zasadzie w całym społeczeństwie. Większość ludzi uważa, że kara więzienia za krzywdę wyrządzoną dziecku to za mało i że taki zwyrodnialec powinien przeżyć w więzieniu piekło.

Warto jednak nadmienić, że zdarzają się więźniowie specjalnego nadzoru, którzy decydują się dobrowolnie, z bliżej nieokreślonych przyczyn odbywać karę razem z normalną, więzienną populacją. Administracja więzienna oczywiście ostrzega przed możliwymi konsekwencjami, ale zazwyczaj się zgadza.

Słyszałem o takich przypadkach kilkukrotnie i o tym, co takiego więźnia spotykało w celi – od kontaktu z fekaliami – uryną i kałem, poprzez penetrację analną różnymi przedmiotami, po miażdżenie penisa i jąder, więzień taki robił za sprzątaczkę, usługiwał innym osadzonym, a posiłki spożywał nie przy wspólnym stole, a na toalecie. Zazwyczaj się nie skarżył – z różnych przyczyn – ale głównie ze strachu, że współosadzeni go po prostu zabiją.

Zmieniają się też reguły postępowania w subkulturze więziennej. Niegdyś ustalony podział na grypsujących, niegrypsujących i cweli pomału traci na znaczeniu. Gdy kilkanaście lat temu więźniowie grypsujący byli w miarę solidarną grupą, która wzajemnie sobie pomagała, to teraz znacznie ważniejszy dla osadzonych jest aspekt ekonomiczny – gdy skazany ma pieniądze i otrzymuje regularną pomoc z domu, szacunek innych więźniów rośnie. Dlatego też bywają sytuacje, w których więźniowie mogą przymknąć oko na paragraf współosadzonego – regularne, duże zakupy w kantynie, paczki odzieżowe z modnymi ciuchami, telewizor i DVD potrafią skutecznie sprawić, że dzieciobójca będzie normalnie funkcjonował w celi.

Zgodnie z Kodeksem Karnym Wykonawczym, administracja zakładu karnego ma obowiązek podejmowania odpowiednich działań celem zapewnienia skazanym bezpieczeństwa osobistego w czasie odbywania kary. Zazwyczaj się to udaje. Patrzę właśnie na statystyki za 2016 i 2017 rok. W jednostkach penitencjarnych przebywało wówczas ponad 87 tysięcy osadzonych. W ciągu 2 lat odnotowano 6 przypadków zgwałcenia osadzonego, 75 przypadków znęcania się nad osadzonym, 358 prób samobójczych, 2111 bójek i pobić. W wyniku działań funkcjonariusza lub innej osoby zginął 1 osadzony.

Biorąc pod uwagę to, że większość zakładów karnych w Polsce to miejsca gdzie kilkuset nabuzowanych testosteronem mężczyzn siedzi po kilka(naście) osób w ciasnych pomieszczeniach, to te statystyki nie wyglądają bardzo źle. Mimo to, za każdą z tych liczb stał jakiś osobisty dramat. Były ofiary, byli oprawcy, było też postępowanie wyjaśniające. Pozostał ślad w systemie.

Tymczasem każdego dnia, za zamkniętymi drzwiami wielu cel dzieje się przemoc, która nie pozostawia żadnych śladów.

PS
Historia mojego pobytu w zakładach karnych i resocjalizacji jest nieco dłuższa. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, to zachęcam do przeczytania:

Jeśli podobał Ci się ten tekst, udostępnij go dalej używając któregoś z przycisków poniżej: