Blogosfera Internet Kultura Social Media Społeczeństwo Technologia

#ACTA2 – Czy Unia Europejska chce ocenzurować internet?

TL;DR: Jeśli znasz prawo nagłówków Betteridge’a (nazywane też Prawem Davisa albo regułą publicystyczną), to już znasz doskonale odpowiedź na to pytanie. W mojej ocenie, którą podziela też całkiem spore grono rozsądnie myślących osób, obecne zmiany w prawie autorskim które są procesowane w ramach tworzenia Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (w dalszej części tekstu po prostu będzie to dyrektywa) nie mają na celu cenzury internetu.

Skoro wersję krótką mamy za sobą i znasz moje zdanie, to wiesz już czego mniej więcej możesz się spodziewać po poniższym tekście. Przede wszystkim – nie jestem zdecydowanym przeciwnikiem dyrektywy. Jasne, mam pewne obawy, ale jestem też przekonany że jej tekst zostanie w procesie legislacyjnym redagowany kilkukrotnie. Do tego zakładam że przy jej tworzeniu pracują ludzie, którzy mają dobrą wolę i są w Brukseli po to, by rozwiązywać problemy, a nie je tworzyć.

Z poniższego (długiego, bo liczącego niemal 5500 słów) tekstu, poznasz kilka ciekawostek o pirackich serwisach i ich bardzo skróconej historii, dowiesz się czym jest dyrektywa, jakie problemy ma rozwiązać i jakie obawy budzi w różnych środowiskach. A na sam koniec z radością wskoczę na walec logicznej argumentacji i rozjadę kilka znanych z internetów twarzy, które przy okazji tak nośnego tematu postanowiły się pod niego podpiąć z żenującymi, merytorycznie kulejącymi filmami.

Psssst, jak dotrwasz do końca, to czekać tam na Ciebie będzie mała teoria spiskowa ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Twórczość, kultura i piractwo w Internecie

Korzystać z Internetu zacząłem 22 lata temu. To były ciekawe, pionierskie czasy. Internet był na kartki (tak naprawdę to nie, ale jego dostępność w mieście była bardzo ograniczona), telewizje kablowe dopiero eksperymentowały z dwukierunkową łącznością, a większość ludzi nawet nie była zainteresowana tematem, uznając Internet za gadżet, który szybko się ludziom znudzi. Z czasem coraz więcej osób zaczęło korzystać z dostępu wdzwanianego w TPSA (czyli po prostu 0202122), ale wymagał on wcześniej zakupu modemu, który trzeba było podłączyć jednym kablem do komputera, drugim do linii telefonicznej i już można było korzystać z sieci. Prędkości były strasznie wolne (pamiętasz jak Ci się kiedyś skończył pakiet internetu w Twoim smartphonie i wszysztko zwolniło do nieużywalnych prędkości? No to mniej więcej tak strasznie wolne były modemy), a każde 3 minuty kosztowało kilkadziesiąt groszy.

Mało komu wówczas chciało się udostępniać pirackie treści w sieci, bo z jednej strony pobranie filmu czy muzyki na komputer trwało godzinami, więc było nieopłacalne, a z drugiej mówimy o czasach sprzed wyszukiwarki Google – więc znalezienie interesujących materiałów było praktycznie niemożliwe – o ile nie wiedziało się dość dokładnie gdzie szukać. Już 2 lata później sytuacja diametralnie się zmieniła za sprawą wprowadzenia przez TPSA (obecnie Orange) usługi SDi – Szybki/Stały Dostęp do internetu. Jak grzyby po deszczu wyrastały sieci osiedlowe, gdzie 10-12 osób było podpiętych do niezbyt szybkiego, ale taniego jak barszcz łącza. W tym samym czasie gdzieś w amerykańskim Bostonie 20.letni Sean Parker i 19.letni Shawn Fanning uruchamiają Napstera. Napster był aplikacją umożliwiającą użytkownikom dystrybucję muzyki w formacie MP3. Po uruchomieniu użytkownik wybierał folder w którym miał swoją bibliotekę muzyki, ograniczał ew. prędkość łącza dla pobierania i wysyłania i voila – wszyscy inni użytkownicy mogli pobierać od niego pojedyncze piosenki, całe albumy a nawet i dyskografie. Skąd wiedzieli, gdzie są dane pliki? Nie wiedzieli, ale Napster miał wbudowaną wyszukiwarkę, która pozwala znajdować poszczególne dzieła i pobrać je od udostępniającego użytkownika. Na czym zarabiali twórcy Napstera? W aplikacji pojawiały się reklamy. Czy twórcy muzyki mieli z tego jakiekolwiek pieniądze? Nie – twórcy Napstera wyszli z założenia, że skoro muzycy i tak już swoje zarobili, to nie ma sensu dzielić się z nimi skromnymi przychodami z reklam.

Z czasem łącza stawały się coraz szybsze, kolejne osoby poszły śladami twórców Napstera, a prawo nie nadążało za rozpędzoną technologią. Z pewnym opóźnieniem w stosunku do potrzeb udało się wprowadzić notice-and-takedown, czyli mechanizm który dawał immunitet właścicielom serwisów internetowych w zakresie treści umieszczanych przez użytkowników, o ile tylko udostępniali możliwość zgłoszenia treści które naruszają prawo (nie tylko autorskie), oraz blokowali do nich dostęp po otrzymaniu zgłoszenia. Dla serwisów działających uczciwie, takich jak Youtube czy Facebook, jest to doskonały kompromis, który chroni interesy wszystkich zainteresowanych – usługodawcy, bo nikt nie zamknie mu interesu za pirackie treści udostępniane przez użytkowników, właściciela praw autorskich – bo może dość sprawnie zareagować na naruszenie i ma świadomość, że nie zostanie zignorowany, oraz użytkowników, bo o ile nie naruszają prawa, to mają pełną swobodę w udostępnianiu treści. Niestety, wymaga to od właściciela serwisu dobrej woli. Bo gdy ktoś z góry zakładał, że zamierza zarabiać na pirackich treściach, to notice-and-takedown nie miało większego sensu, bo administrator, mimo świadomości tego, że posiada na serwerze pirackie treści realizował notice-and-takedown literalnie, usuwając tylko dokładnie wskazane pliki, natomiast pozostawiając na serwerach ich wszystkie kopie.

Obecnie mamy tysiące serwisów które zarabiają niemałe pieniądze na udostępnianiu treści objętych prawem autorskim. Na jednych można oglądać filmy, które dopiero co weszły do kin, co prawda jakość jest fatalna, co jakiś czas ginie ostrość, dźwięku prawie nie słychać, ale gdy bilet do kina to wydatek 10-30zł, a do tego jeszcze wiąże się z dojazdem do (wcale nie takiej pobliskiej) innej miejscowości, to pokusa jest dość silna. Tak samo rzecz ma się z książkami, grami i programami komputerowymi, artykułami w prasie wyciąganymi zza paywalla do szerszej rzeczy czytelników, czy też muzyką, chociaż tu nieźle zamieszały serwisy streamingowe takie jak Spotify, Apple Music i te dwa pozostałe których nazwy nikt nie pamięta, a dla osób które nie mają 20zł/mies. pozostaje jeszcze Youtube z całkiem niezłą bazą teledysków.

Na Facebooku funkcjonują grupy gdzie ludzie zrzucają się w 10-15 osób na jednego eBooka, co jest szczególnie przykre zważywszy na to, że zarobki pisarzy i tak nie należą do szczególnie wygórowanych, aczkolwiek to i tak zawsze nieznacznie lepsze rozwiązanie niż korzystanie z usług portali do wymiany plikami. Zajrzałem ostatnio z ciekawości na taki portal po 7 latach przerwy – okazało się, że w aspekcie wizualnym nic się nie zmieniło, a i dzisiaj można znaleźć tam to co kiedyś – pliki w formatach rozmaitych, od książek elektronicznych, poprzez programy i gry na wszelakie systemy, po filmy i muzykę, które nadal podlegają ochronie praw autorskich. Aby ściągać pliki musisz zapłacić pewną kwotę – np. By móc przez rok ściągać każdego tygodnia po 10GB danych (co daje 520GB łącznie) potrzebujesz zapłacić 132zł. Jeśli nie interesuje Cię system abonamentowy i chcesz zapłacić za pakiet danych to pakiet 100GB kosztuje 117zł. Jak serwis zachęca by użytkownicy udostępniali pirackie pliki?

„Punkty otrzymujesz wtedy, kiedy inna osoba ściąga jakiś plik z Twojego konta (…) Ponieważ u Nas możliwe jest kopiowanie zbiorów z jednego konta do drugiego, właściciele kont, którzy pracowicie, własnoręcznie ładują pliki, są specjalnie wynagradzani. Za każdym razem kiedy ktoś ściąga skopiowany, zachomikowany przez kogoś plik, właściciel, od którego pochodzi plik także otrzymuje tyle samo punktów co właściciel konta, od którego plik jest aktualnie ściągany. Ilość punktów jest zależna od rozmiaru pliku i jest podana w tabelce po prawej stronie.”

Zaglądam do tabelki i wygląda na to, że za plik z eBookiem wpada zazwyczaj nie więcej niż 1 punkt, za MP3 od 3 do 10, za film od 200 do 400. Aby dostać 1GB transferu trzeba mieć 6500 punktów, czyli tyle co za nieco ponad 20 pobrań filmów z konta użytkownika. Jak nietrudno się domyślić, portal zarabia całkiem spore pieniądze na materiałach do których nie ma żadnych praw. Użytkownicy dostają jakiś ochłap na zachętę, oraz pirackie treści, a twórcy? Twórców znów wszyscy mają gdzieś. Chociaż nie, portal o którym piszę, niczym chłopcy z miasta, wpadający do baru po pieniądze za ochronę, proponuje wydawcom płatne konta umożliwiające sprzedaż legalnych plików, lub podmianę pirackich plików na okrojone kopie z adnotacją, gdzie kupić legalną wersję. Niestety, ale są to działania, które nie mają na celu realnej poprawy sytuacji i walki z pirackimi treściami, gdyż te są wpisane w model biznesowy przedsięwzięcia.

Do tego portal wygląda dość profesjonalnie i nic nie wskazuje na to, że treści umieszczane są na nim z naruszeniem prawa autorskiego twórców. Użytkownik może uznać, że skoro płaci za możliwość pobrania treści, to jest ona udostępniana mu w pełni legalnie. Brzmi jak żart? Oto przykład prosto z internetów gdy posłanka Bochwic, która jest również dziennikarką, publicystką i nauczycielem akademickim, członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich a w kadencji 2016-2022 również członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skarży się na Twitterze, że kupiła na rzeczonym portalu film i okazał się on bublem, a portal nie reaguje na monity. Internet wówczas poczuł się rozbawiony i zażenowany jednocześnie. A ja się zwyczajnie zasmuciłem – że na lekcjach informatyki uczymy dzieciaki zupełnie nieprzydatnych rzeczy, zamiast przeprowadzić jedną lekcję pokazującą różne źródła treści – od tych legalnych jak sklepy i rozmaite VoD, poprzez szarą strefę jak opisywany powyżej portal, gdzie legalnie można pobrać muzykę i filmy (ale nie większość gier i programów), po źródła, z których korzystanie może narazić nas na problemy z prawem – takie jak torrenty i inne sieci P2P.

Brak odpowiedniej edukacji, to tylko część problemu. Drugą częścią jest to że przez ponad 20 lat nie dbaliśmy o Internet. Dostaliśmy niesamowite narzędzie, czego doświadczyłem już podczas pierwszego kontaktu na targach gier komputerowych „Gambleriada”. Rozwijaliśmy je, budowaliśmy w nim nowe przestrzenie, komunikowaliśmy się z innymi, a większość z nas bez żadnej refleksji patrzyła jak pojawiają się na nim plamy zgnilizny – przymykaliśmy oczy na hejterskie dyskusje, bagatelizowaliśmy spamerów, a piractwo było nawet w pewnym okresie modne i z radością korzystaliśmy z różnorakich serwisów udostępniających nam treści za darmo, albo za niewielką opłatą. Ta część z nas, która była świadoma, nie czuła się w obowiązku by poinformować nieświadomych kolegów o tym, że korzystają z pirackich serwisów.

Obecne plany regulacyjne, w zakresie prawa autorskiego to m.in. konsekwencja tego, że pozwalaliśmy tym wszystkim serwisom rosnąć na naszych oczach. Tak samo jak narastający problem naruszeń naszej prywatności doprowadził do wdrożenia RODO (w Europie nazywanego GDPR). I była to regulacja potrzebna, aczkolwiek dość problematyczna dla wszystkich – od administratorów danych, po końcowych użytkowników, którym w pewnym momencie skrzynki zalała fala powiadomień. A niebawem nadejdą kolejne regulacje prawne dotyczące internetu. Na horyzoncie są kolejne tematy, które trzeba możliwie szybko zaadresować – rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji (fake news) i mowa nienawiści. I znalezienie tutaj odpowiedniego kompromisu między prawem do swobodnego wyrażania swoich opinii i poglądów (potocznie nazywanego wolnością słowa), a zagrożeniami jakie niosą fakenews i mowa nienawiści, wcale nie będzie łatwe i niemal na pewno skutkować będzie wprowadzeniem rozwiązań prawnych, takich jak kary grzywny dla twórców nieprawdziwych informacji, oraz serwisów internetowych, które nie usuwają fałszywych wiadomości po otrzymaniu wiarygodnego zgłoszenia.

Jestem twórcą. Piszę bloga i fotografuję. Lubię pisać, ale to fotografia jest dla mnie głównym sposobem na twórczą realizację. Pomału zaczynam też sprzedawać swoje zdjęcia, za mniejsze lub większe pieniądze. Wrzucam też raz na jakiś czas coś na instagrama albo Exposure i coraz częściej zdarza mi się trafiać na instagramie na reposty moich zdjęć. Czasem repostujący mnie otaguje i wtedy zazwyczaj proszę o usunięcie, częściej jednak któryś znajomy podsyła mi znalezione gdzieś w głębi instagrama zdjęcie mojego autorstwa, ale podpisane zupełnie inaczej. To również jest dość poważny problem – ludzie traktują czyjąś twórczość znalezioną w sieci jako coś, z czego mogą w dowolny sposób korzystać. I to również jest problem, który dyrektywa może częściowo rozwiązać.

O co więc chodzi z tą dyrektywą?

Zaczniemy od podstaw. Oto definicja dyrektywy:

Dyrektywa – akt prawny Unii Europejskiej, zobowiązujący prawodawców Państw członkowskich do wprowadzenia określonych regulacji prawnych służących osiągnięciu wyznaczonych w dyrektywie celów.

Jak widać, jest to nadrzędny akt prawny który kształtuje potem wygląd pojedynczych ustaw w krajach członkowskich. Dyrektywa jest bardzo ogólnym dokumentem, który nie wgłębia się w szczegóły pozostawiając państwom członkowskim pewną swobodę w interpretacji i kształtowaniu przepisów. Każda dyrektywa ma we wstępie krótką informację o celach dla których została napisana, pozwolę sobie przytoczyć te dwa fragmenty, bo są stosunkowo ważne dla mojego dalszego wywodu:

„W niniejszym wniosku przewidziano nowe prawo dotyczące wydawców prasowych, które ma im ułatwić udzielanie licencji na publikacje w internecie, odzyskiwanie inwestycji i egzekwowanie praw. We wniosku odniesiono się także do kwestii niepewności prawa jeśli chodzi o możliwość uzyskania przez wszystkich wydawców udziału w rekompensacie za korzystanie z utworów w ramach wyjątku. W momencie udzielania licencji na przysługujące im prawa autorzy i wykonawcy mają często słabą pozycję negocjacyjną w stosunkach umownych. Ponadto przejrzystość w zakresie dochodów uzyskiwanych z tytułu korzystania z ich utworów lub wykonań jest często ograniczona. Fakt ten ma wpływ na wynagrodzenie autorów i wykonawców. Celem niniejszego wniosku jest zwiększenie przejrzystości i zapewnienie bardziej zrównoważonych stosunków umownych między autorami i wykonawcami a podmiotami, którym udzielają praw. (…) Rozpowszechnianie treści chronionych prawem autorskim w internecie ma ze swej natury charakter transgraniczny. Tylko mechanizmy przyjęte na szczeblu europejskim mogą zapewnić prawidłowe funkcjonowanie rynku rozpowszechniania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz zagwarantować stabilność sektora wydawniczego w obliczu wyzwań stawianych przez otoczenie cyfrowe. Ponadto autorzy i wykonawcy we wszystkich państwach członkowskich powinni korzystać z wysokiego poziomu ochrony ustanowionego w prawodawstwie UE. Aby osiągnąć ten cel i zapobiec rozbieżnościom w poszczególnych państwach członkowskich, konieczne jest ustanowienie wspólnego podejścia UE do wymogów w zakresie przejrzystości oraz do mechanizmów umożliwiających w niektórych przypadkach dostosowanie umów i mechanizmów rozwiązywania sporów.”

Tłumacząc z polityczno-prawniczego bełkotu na ludzki, to będzie jakoś tak: Wydawcy prasowi mają problem z pobieraniem opłat za skopiowane przez innych teksty. Pakują pieniądze w dobry, mięsny content (nie śmiej się tutaj, sam regularnie czytam sporo naprawdę dobrych rzeczy w sieci za które płacę), który ktoś potem wrzuca za darmo w internet, albo skanując gazety, albo wyciągając zza paywalla. Do tego autorzy i wykonawcy są na samym końcu koryta, gdzie dostają finansowe resztki, mimo że to głównie od nich zależy jakość treści. Chcemy więc zrobić tak, by autorzy stawali ze znacznie lepszej pozycji negocjacyjnej.

Do tego internet nie jest już taki jaki był w latach 90.tych, gdy powstawały poprzednie ustawy o prawie autorskim, kable mają to do siebie, że przechodzą pod granicami państw, a czasem nawet coś poleci sobie satelitką, każdy kraj UE ma nieco inne przepisy dotyczące ochrony praw autorskich, więc i ochrona prawna twórców jest dość różna. Trzeba to usystematyzować, oraz wprowadzić wytyczne, które będą stosowane we wszystkich krajach UE. Dyskusja zaczyna się, gdy dojdziemy do art. 11 i art. 13 dyrektywy. Zanim zaczniemy w ogóle o nich rozmawiać, wypadałoby zerknąć co w nich takiego znajdziemy:

Artykuł 11: Ochrona publikacji prasowych w zakresie cyfrowych sposobów korzystania
1. Państwa członkowskie zapewniają wydawcom publikacji prasowych prawa przewidziane w art. 2 i art. 3 ust. 2 dyrektywy 2001/29/WE w zakresie cyfrowych sposobów korzystania z ich publikacji prasowych.
2. Prawa, o których mowa w ust. 1, nie naruszają jakichkolwiek przewidzianych w prawie Unii praw autorów i innych podmiotów praw w odniesieniu do utworów i innych przedmiotów objętych ochroną zawartych w publikacji prasowej, i nie mają na te prawa żadnego wpływu. Na prawa te nie można się powoływać przeciwko autorom i innym podmiotom praw, a w szczególności na ich podstawie nie można pozbawiać autorów i innych podmiotów praw ich prawa do eksploatacji swoich utworów i innych przedmiotów objętych ochroną niezależnie od publikacji prasowej, w skład której wchodzą te utwory lub przedmioty.
3. W odniesieniu do praw określonych w ust. 1 stosuje się odpowiednio art. 5–8 dyrektywy 2001/29/WE i dyrektywy 2012/28/UE.
4. Prawa, o których mowa w ust. 1, wygasają 20 lat po opublikowaniu danej publikacji prasowej. Termin ten liczy się od dnia pierwszego stycznia roku następującego po dacie opublikowania.

Tutaj sprawa jest wyjątkowo prosta. Art. 11 pkt. 1 nakłada na państwa członkowskie obowiązek wprowadzenia takich zmian w prawie autorskim, które pozwolą skorzystać wydawcom z niektórych praw które już przysługują twórcom. Warto przy tym zauważyć, że artykuł ten nie definiuje nowych uprawnień i zakazów, a jedynie przyznaje już istniejące prawa nowej grupie. Nie definiuje podatku od linków, nie usuwa z sieci prawa cytatu, ani też nie redefiniuje dozwolonego użytku, który pozwala na udostępnianie w internecie treści.

Co ważniejsze, ewentualne opłaty licencyjne mają dotyczyć podmiotów, które zarabiają na agregowaniu i udostępnianiu dalej treści. Czyli chociażby wszystkich podmiotów zajmujących się monitoringiem mediów, skanujących papierowe artykuły i udostępniające za opłatą kopię swoim klientom.

Jednocześnie w punkcie drugim zabezpiecza interesy autorów i innych podmiotów (takich jak chociażby fotografowie) których utwory wchodziły w skład wydawanej publikacji prasowej, uniemożliwiając skorzystanie przez wydawcę z nabytych praw w sposób który szkodziłby autorom. Prawa autorów są w tym wypadku nadrzędne.

Przeciwnicy artykułu 11 powołują się na sytuację która miała miejsce w ostatnich latach w Niemczech i Hiszpanii. W krajach tych zostały wprowadzone zmiany prawne, nakazujące dostawcom e-usług wykorzystującym fragmenty tekstów z gazet (w tym tzw. snippety – wybrane zdjęcie ilustrujące artykuł, tytuł, oraz kilkanaście słów tekstu, które mają zachęcić w kliknięcie w link – mniej więcej wszystko to co pojawia się po wrzuceniu linka na Facebooka) odprowadzanie opłat za wykorzystywanie fragmentów tych materiałów w celach komercyjnych. Wydawcy twierdzili, że użytkownicy czytają nagłówki artykułów w agregatorach przez co potem nie wchodzą na strony gazet. Jak się potem okazało, średni spadek ruchu do stron gazet wyniósł 16%, a przychody były w zasadzie znikome – szczególnie, że Google uznał, że nie będzie generował ruchu wydawcom i jeszcze za to płacił, więc po prostu wyłączył usługę News w Hiszpanii.

Najzabawniejsze jest to, że tydzień po wyłączeniu usługi stowarzyszenie hiszpańskich wydawców gazet uderzyło do władz z prośbą o interwencję i obronę praw obywateli i firm. Jak ta obrona miałaby wyglądać? Ano hiszpański rząd miał domagać się od Google tego, by przywrócił usługę News na terenie Hiszpanii. Co ważne, tę samą usługę, która wcześniej generowała rzekomo tak duże straty.

Warto przy tym mieć na uwadze dwie rzeczy, po pierwsze – nie była potrzebna dyrektywa, by nasi sąsiedzi nadali wydawcom uprawnienia do pobierania opłat od agregatorów treści. Druga rzecz jest ważniejsza, wprowadzenie w życie dyrektywy z art. 11 nie oznacza automatycznie wprowadzenia takich zmian prawnych jak w Niemczech i Hiszpanii. Każdy z krajów członkowskich będzie uchwalał własne akty prawne, na pewno mając na uwadze również to co wydarzyło się u naszych sąsiadów. Przypuszczam też, że nasi polscy wydawcy, znacznie bardziej świadomi internetowo nie byliby zainteresowani aż tak radykalnymi zmianami, mając wiedzę o tym, ile procent ruchu dociera do nich z agregatorów treści.

Artykuł 13: Korzystanie z treści chronionych przez dostawców usług społeczeństwa informacyjnego polegających na przechowywaniu i zapewnianiu publicznego dostępu do dużej liczby utworów i innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników
1. Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.
2. Państwa członkowskie zapewniają wdrożenie przez dostawców usług, o których mowa w ust. 1, mechanizmów składania skarg i dochodzenia roszczeń, które są dostępne dla użytkowników w przypadku sporów dotyczących stosowania środków, o których mowa w ust. 1.
3. W stosownych przypadkach państwa członkowskie ułatwiają współpracę między dostawcami usług społeczeństwa informacyjnego a podmiotami praw poprzez dialog zainteresowanych stron w celu określenia najlepszych praktyk, takich jak odpowiednie i proporcjonalne technologie rozpoznawania treści, biorąc pod uwagę m.in. charakter usług, dostępność technologii i ich skuteczność w świetle rozwoju technologii.

Jak już wspomniałem wcześniej, dyrektywa pokazuje tylko ogólny kierunek zmian w systemach prawnych państw członkowskich, szczegóły pozostawiając legislatorom w docelowym państwie. Zapis ten natomiast mówi o tym, że dostawcy usług świadczonych drogą elektroniczną (czyli usługi zautomatyzowanej, świadczonej na odległość przez sieć telekomunikacyjną, na indywidualne żądanie usługobiorcy tzn. wtedy gdy usługobiorca chce z niej skorzystać), którzy przechowują i upubliczniają dużą ilość materiałów objętych ochroną prawa autorskiego, mają obowiązek podjąć działania dzięki którym właściciele praw autorskich będą mogli albo czerpać zyski z materiałów opublikowanych przez usługobiorców, albo zgłosić je do usunięcia. Dokładnie ten sam mechanizm działa dzisiaj na Youtubie i jest całkiem skuteczny, za wyjątkiem skrajnych przypadków, które trudno jest przewidzieć.

Dla przykładu w 2012 roku amerykański youtuber Lon Seidman prowadził trzygodzinną dyskusję na temat lądowania łazika Curiosity na Marsie. Dyskusja odbywała się poprzez Google Hangouts i gotowe nagranie z niej trafiło na YouTube. W trakcie dyskusji Seidman odtworzył kilka nagrań udostępnionych przez NASA nt. misji Curiosity. Zgodnie z amerykańskim prawem, wszystkie materiały video stworzone przez instytucje federalne trafiają do domeny publicznej, dzięki czemu możliwe jest ich niemalże dowolne wykorzystanie przez społeczeństwo. Mimo to po załadowaniu nagrania okazało się, że zostało ono oznaczone jako naruszające prawa autorskie 5 podmiotów. Weryfikacja wykazała, że materiały stacji telewizyjnych zawierały te same fragmenty nagrań NASA które Seidman odtworzył w trakcie swojej dyskusji. To wystarczyło, by ContentID oznaczył materiał Seidmana jako naruszający prawa innych podmiotów.

Od okazjonalnych problemów z ContentID znacznie większym problemem jest to, że wytwórnie, organizacje zajmujące się ochroną praw autorskich, albo chociażby sami youtuberzy zrzeszeni w sieciach partnerskich potrafią nadużywać mechanizmu zgłaszania naruszeń. Tak było z filmem youtubera Boruciaka, który został zgłoszony przez inną youtuberkę – Olfaktorię i usunięty dlatego, że wykorzystywał fragmenty jej wypowiedzi, które potem zostały poddane analizie krytycznej. Tak samo działał Universal Music, który regularnie zgłaszał do Youtube’a naruszenie praw autorskich przez Pawła Opydo, który w swojej serii Złe Piosenki dokonywał parodystycznej analizy krytycznej teledysków. Co gorsze, odwołania ze strony Pawła również rozpatrywał Universal, który związany regulaminem YT, czekał z odpowiedzią do ostatniego dnia, co znacząco przeciągało sprawę.

I to jest kwestia, która budzi moje największe obawy. Potrafię sobie wyobrazić dziesiątki sytuacji, w których rozmaite podmioty mające prawa autorskie do źródłowego materiału będą chciały zdjąć z Facebooka, Twittera, czy też Instagrama materiał pochodny – chociażby parodię materiału konkurencyjnej partii politycznej, czy analizę krytyczną wypowiedzi któregoś z naszych polskich kołczów, który nie jest w stanie znieść głosu krytyki.

Nie obawiam się natomiast aż tak bardzo systemów automatycznej analizy treści (takich jak ContentID na Youtubie), szczególnie, że dyrektywa nie zobowiązuje do ich stosowania u wszystkich podmiotów, a jedynie wymienia je jako przykład, zaznaczając przy tym, że środki techniczne muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Bo zupełnie inne środki będzie w stanie wdrożyć Facebook, przez którego serwery przelewają się petabajty danych, a zupełnie inne mały hosting zdjęć.

Co ważniejsze punkt drugi art. 13 nakazuje państwom członkowskim wdrożenie mechanizmów odwoławczych u dostawców usług. Przy czym chciałbym wierzyć, że ciała ustawodawcze zakreślą tutaj również znacznie krótsze terminy na odpowiedź niż youtubowe 30 dni, a odwołanie w części wypadków będzie rozpatrywane nie przez właściciela praw autorskich, a przez zespół pracowników usługodawcy. Uważam też, że przydałyby się publiczne statystyki podsumowujące ilość zgłoszeń od poszczególnych dysponentów praw autorskich, oraz ilość zgłoszeń których odwołania zostały rozpatrzone pozytywnie. W przypadku stwierdzenia częstych naruszeń, że strony dysponentów praw autorskich, należałoby po prostu nakładać solidne kary finansowe, by możliwie szybko ukrócić takie praktyki.

Chciałbym wierzyć, że nasze rodzime portale z pirackimi treściami jednak będą zmuszone do wdrożenia automatycznej analizy przesyłanych plików – dzięki temu ich użyteczność spadnie do zera, a co za tym idzie, będą z czasem musiały zniknąć, albo przenieść się do innej jurysdykcji, co zdecydowanie wpłynie negatywnie na jakość oferowanych usług.

Co w takim razie nas czeka?

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na jakim etapie uchwalania dyrektywy jesteśmy obecnie. Propozycja dyrektywy została zgłoszona w Komisji Europejskiej 14 sierpnia 2016 roku. Od lutego do listopada 2017 roku, Komisje Parlamentu Europejskiego opiniowały projekt, oraz sugerowały poprawki. 20 czerwca 2018 roku, europosłowie zasiadający w Komisji Prawnej (JURI) Parlamentu Europejskiego zaaprobowali w głosowaniu projekt dyrektywy.

5 lipca odbędzie się głosowanie za cofnięciem projektu dyrektywy do przedyskutowania. Jeśli uda się cofnąć projekt, to między 10 a 13 sierpnia odbędzie się dyskusja w Parlamencie Europejskim nad ewentualnymi zmianami i poprawkami. [EDIT: Głosowanie się odbyło, we wrześniu dyrektywa będzie dyskutowana na sesjach Parlamentu Europejskiego] Potem projekt dyrektywy zostanie skierowany do tzw. Trilogu – będą nad nim pracowały równocześnie Komisja Europejska, Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej. Na tym etapie również będą wprowadzane poprawki, a tekst dyrektywy będzie zmieniany. Zdarza się, że wypracowany tekst zostaje zatwierdzony już w pierwszym czytaniu, ale w wypadku tak kontrowersyjnego aktu prawnego, jest niemal pewne, że będą jeszcze 2 kolejne czytania. Na końcu nastąpi głosowanie w Parlamencie Europejskim, zatwierdzające ostateczny tekst dyrektywy. Wówczas rozpocznie się okres wprowadzania zmian w prawie państw członkowskich.

To skąd w takim razie ta panika?

Cóż, zaczęło się od wyrażenia obaw. Naukowcy, publicyści i prawnicy wyrazili swoje obawy, że proponowany kształt dyrektywy może doprowadzić do sytuacji w której Internet z otwartej platformy współdzielenia i innowacji zmieni się w narzędzie do automatycznej kontroli swoich użytkowników. Jak również obawy co do tego, że obciążenie związane z wdrożeniem Artykułu 13 spowoduje, że europejscy przedsiębiorcy przestaną być konkurencyjni wobec swoich amerykańskich odpowiedników. I tak, jak wspomniałem wcześniej – podzielam te obawy. Może się tak stać. Przy czym mam też świadomość, że nie jest to szczególnie prawdopodobne.

I o ile takie obawy należy wyrażać, bo są częścią konsultacji społecznych, to tuż po głosowaniu w JURI (20 czerwca) internet zalała fala nieprawdziwych, niepotwierdzonych informacji bazujących tylko na spekulacjach. Co ważne, większość z tych spekulacji posługiwała się określeniem „ACTA 2.0” i nie przypominam sobie żadnej, która posłużyłaby się pełną nazwą dyrektywy, która pojawia się w profesjonalnych publikacjach. Nie jestem pewien na ile jest to celowe działanie ze strony osób zaangażowanych w walkę z dyrektywą, ale na pewno jest to skuteczne formowanie bańki informacyjnej – wpisując w Google „ACTA 2.0” trudno jest natrafić na porządny materiał podsumowujący całą sytuację. Pełno jest natomiast słabych, populistycznych treści, z którymi za chwilę przyjdzie mi się rozprawić. Na celownik biorę dwa filmiki polskich youtuberów – pierwszy od Abstra.tv/TO JUŻ Jutro, a drugi od DeeJayPallaside.

Abstra.tv / TO JUZ Jutro

Hej, chłopaki! Jesteście youtuberami z długoletnim stażem i gdy w filmie na Youtubie mówicie, że „portale internetowe na które wrzucamy muzykę, filmy i zdjęcia nie kontrolują ich pod kątem łamania praw autorskich, a robią to dopiero gdy dostaną zgłoszenie”, to coś we mnie w środeczku umiera. Nie jestem jeszcze pewien, czy jest to wiara w uczciwość, czy w rzetelność. Zapewne to drugie, bo wiarę w ludzką uczciwość straciłem gdzieś w podstawówce, gdy tata obiecał mi kolejkę PIKO, a potem okazało się, że jasne, kupił, ale dla siebie.

Koledzy z Abstra, jestem przekonany że niejednokrotnie spotkaliście się w ciągu ostatnich lat z działaniem youtubowego ContentID, więc doskonale wiecie, że Wasze twierdzenie nie jest do końca zgodne z prawdą. Twierdzenie, że po wejściu w życie Dyrektywy użytkownicy stracą możliwość dzielenia się jakimikolwiek treściami, bo algorytm im na to nie pozwoli, to spore nadużycie.

A jeszcze wisienka na torcie – algorytm, który nie będzie pozwalał na opublikowanie pracy, która powstała przy wykorzystaniu zdjęcia na ogólnodostępnej licencji udostępnionego przez autora. Drodzy koledzy z Abstra, ja rozumiem, że film opublikowaliście we wtorek, więc robiliście go przez weekend, a skończyliście pewnie w poniedziałek, jeszcze nie do końca trzeźwi. Ale nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że algorytm nie będzie porównywał publikowanego pliku z każdym innym plikiem, a jedynie z tymi które ma w bazie. A bazy będą dostarczały głównie wytwórnie filmowe i muzyczne, oraz platformy stockowe. I tu ewentualnie może być problem, gdy będzie się ładować na funpażka piękny letni pejzażyk zakupiony na stocku, a Facebook wtedy wywali okno, że wykryto treść która jest chroniona. I przypuszczam, że jeszcze w tym samym oknie będzie możliwość wybrania z listy stocka na którym się zdjęcie kupiło, oraz dokonania weryfikacji praw do wykorzystania tego zdjęcia.

No i muszę doprecyzować jeszcze jedną rzecz, odnośnie Waszych twierdzeń dotyczących art. 11 – chłopaki, przeczytajcie go proszę uważnie, szczególnie punkt drugi, powoli, spokojnie, ze zrozumieniem tego co przeczytaliście, bo jak tak Was oglądam sobie, to mam wrażenie, że nigdy nie zajrzeliście do tej dyrektywy i powtarzacie tylko wyświechtane przez Korwinowskich kuców frazesy. Jak już przeczytacie, to zestawcie to z bzdurą którą wygłosiliście przed kamerami, o potrzebie posiadania podwójnej zgody na wykorzystanie czyjegoś artykułu – od autora i wydawcy.

A co do uderzenia w małych wydawców – dotychczas agregatory nie podpisywały żadnych umów licencyjnych i działały. Po wejściu Dyrektywy to od wydawcy będzie zależało na jakich warunkach chce z agregatorami współpracować i na jakiej licencji będzie udostępniał treści. Istnieje wiele popularnych licencji, które nie wymagają podpisywania skomplikowanych umów, wierzę więc, że nie będzie aż tak dramatycznie jak to przedstawiacie.

DeeJayPallaside

Pozwolę sobie wysnuć twierdzenie, że ten młody człowiek jest w pełni świadom tego, że kręci populistyczny materiał, którego zgodność z faktami jest bliska zeru. Przez cały film tylko raz pojawia się informacja że chodzi o Dyrektywę o Prawie Autorskim na Rynku Cyfrowym, natomiast wielokrotnie powtarzany jest dramatycznym tonem zwrot „ACTA 2.0”. Do tego przez cały film kilkukrotnie pojawiają się napisy: „Zostaw like! Uratujmy razem internet! Dziękuję!” –  Za każdym razem gdy je widziałem, wizualizowałem sobie, że za tydzień pojawią się nagłówki w gazetach: „Bohaterski youtuber uratował Internet lajkami pozostawionymi przez internautów”.

W trakcie całego tego nagrania „ACTA 2.0” i prawa autorskie są odmienione przez wszystkie możliwe przypadki. Przy czym zawsze gdy autor wypowiada się o prawach autorskich, to mam wrażenie że jest to dla niego abstrakcyjny twór, którym w imię zasad gardzi.

Brak szczątkowej umiejętności logicznego myślenia u autora próbowałem z początku zrzucić na wątpliwej jakości edukację wczesnoszkolną, ale gdy obejrzałem materiał do końca miałem już przekonanie graniczące z pewnością, że ten 24-letni chłopak jest albo kretynem, albo kawałem wyrachowanego, cynicznego gnoja, który z pełną premedytacją straszy swoich widzów nieistniejącym zagrożeniem. Bo skoro wprowadzenie na YT mechanizmów kontroli treści omówionych w art. 13 dyrektywy doprowadzi do tego, że 90 procent twórców będzie musiało zamknąć swoje kanały z uwagi na prawa autorskie, to jak w takim razie Ci twórcy funkcjonują w obecnej rzeczywistości, z Content ID pilnującym każdego ich filmu? Jeśli delikwent publicznie wygłasza takie twierdzenie, to opcje są dwie: jest kretynem, nie ogarniającym podstaw działania platformy, z której żyje, albo wyrachowanym, cynicznym gnojkiem, który bezczelnie manipuluje i zrobi wszystko by przygotować sensacyjny materiał, który absolutnie nie będzie miał nic wspólnego z faktami.

Przeinaczeń w tym materiale jest znacznie więcej – począwszy od tego, że po wejściu w życie dyrektywy konieczne będzie posiadanie płatnej licencji na publikowanie na Youtubie,  poprzez kłamstwa o tym, że dyrektywa daje prawo do inwigilacji prywatnej korespondencji po to by kontrolować ludzi i ograniczyć wolność słowa (co nie ma również żadnego pokrycia w  treści dyrektywy).

A na koniec ten słynny art. 11. Pozwolę sobie Wam przypomnieć – to ten, który nie tworzy żadnych nowych praw ani zakazów, a jedynie poszerza katalog podmiotów korzystających z niektórych uprawnień prawa autorskiego o wydawców prasy. Nie ma w nim informacji o podatku od linków, ani o całkowitym zakazie udostępniania i linkowania. Co zabawniejsze, sam pomysł zakazu udostępniania i linkowania jest na tyle absurdalny, że DeeJay postanowił go zobrazować kolejnym przykładem. I gdy byłem przekonany, że zaraz krzyknie „It’s a prank, bro!” okazało się, że ociekająca absurdem historyjka o tym, że nie będzie Youtube’a, bo nie będzie działała karta która pokazuje popularne filmy, które nie będą popularne, bo nie będzie można ich udostępniać, jest jak najbardziej na serio.

W tym miejscu mam dla Was ważne info, bo mogłem zapomnieć wcześniej dać znać – dyrektywa nie zmienia praktycznie nic w zakresie dozwolonego użytku (chyba że zajmujecie się machine learningiem i sztuczną inteligencją), nikt nie zabija prawa cytatu, różne rodzaje licencji na utwory również się nie zmieniają. Dlatego też będzie można nadal korzystać z darmowych utworów muzycznych z bazy YT, nagrywać i streamować gry, mimo że „mają prawa autorskie, bo ktoś je przecież wykonał”, cytować cudze wypowiedzi, no i najważniejsze – nadal będzie można prosić o zostawienie łapki w górę, udostępnienie filmu, lajki, subskrybcje, komentarze, mimo że ktoś już wcześniej o to prosił.

I to, że dyrektywa nie zabija prawa cytatu nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Ważniejsze znaczenie ma to, że prawa autorskie dotyczą utworów. A utwory to wszystkie przejawy działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalone w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości i sposobu wyrażenia. Zazwyczaj gdy mówię do innych ludzi, to nie jest to utworem. Komunikuję swoje potrzeby, emocje, albo swój stan. Gdy idę do sklepu i proszę o 2kg kiełbasy, to nie jest to utwór, bo nie stanowi działalności twórczej. Tak samo jak ktoś prosi o łapki w górę, czy udostępnienia filmu, to również daleko temu do działalności twórczej. Chyba że grałby do tego na ukulele i prośby o łapki wyśpiewywał falsetem.

Notabene, dawno nie widziałem, by ktoś tak robił kurwę z logiki. A św. Tomasz patrzy!

A na koniec kilka luźnych obserwacji

Pragnę zaznaczyć, że nie jestem paranoikiem. Nie mam w zwyczaju też szukać na siłę teorii spiskowych, ale tę uważam za całkiem zabawną. Bo to, że Kukiz’15 i Ruch Narodowy organizują protesty przeciwko #Acta2, które nadwyrężają społeczne zaufanie do instytucji Unii Europejskiej, to dość zabawna koincydencja w kontekście toczącego się sporu o nasz Sąd Najwyższy, w który te instytucje są mocno zaangażowane, nie sądzisz? 🙂

Skoro dotrwałeś do końca, to podziel się tym wpisem ze znajomymi używając przycisków poniżej – póki jeszcze możesz 😉