Osobiste

1888 słów o szczęściu

Jest 5:54, od kilkunastu minut za oknem przemykają tramwaje przypominając mi, że powinienem spać, a nie pisać wpis na blogu. Z poziomu 14 piętra obserwuję jak słońce pomału pnie się do góry. W głowie gonitwa myśli, której z jednej strony nie jestem w stanie powstrzymać, a z drugiej nawet się nie staram. Bo w przeciwieństwie do gonitw, które były udziałem mojego mózgu jeszcze kilka miesięcy temu, ta jest pełna szczęścia, pozytywnych wspomnień i nadziei.

Może być dla Was zaskoczeniem, że wracam tutaj po niemal dwóch latach. Ostatni wpis pojawił się tutaj w sierpniu 2016 roku, a potem na jakiś czas wycofałem się z pisania na blogu, mimo że w moim WordPressie jest kilkanaście niedokończonych draftów. Większość z nich nie ujrzy światła dziennego, bo pełne są frustracji, gniewu, wściekłości, bezradności i smutku. Wówczas te emocje były dla mnie ważne, bo pomagały mi poradzić sobie z ówczesną, dość trudną dla mnie, sytuacją, ale wyszedłem z założenia, że nie powinienem się nimi dzielić z szerszym gronem czytelników. Natomiast dzisiaj chcę się z Wami podzielić moim szczęściem, bo obecnie jestem w najbardziej udanym i szczęśliwym okresie mojego życia. By to zrobić, muszę jednak poczynić pewną retrospekcję.

Nieco ponad półtora roku temu podjęliśmy z moją żoną decyzję o separacji. Przyczyny rozpadu naszego związku nie mają znaczenia, zresztą nie chcę się z Wami dzielić rzeczami które dotyczą też M. Ważniejsze jest to, że przez długi okres tkwiłem w permanentnym stresie, który wystrzelił poziom kortyzolu w moim krwioobiegu daleko ponad dopuszczalne normy. Długotrwały stres jest czynnikiem, który bardzo mocno wyniszcza organizm – moja odporność praktycznie nie istniała, łapałem niemal każdą infekcję. Uciekałem w pracę po kilkanaście godzin dziennie. Przepracowując się do granic możliwości, doprowadziłem swoje serce do granic wytrzymałości, miałem poważne problemy z koncentracją, a do tego chodziłem ciągle nakręcony, niczym tykająca bomba zegarowa, która w każdej chwili mogła wybuchnąć. Oprócz tego przestałem sobie radzić ze swoimi problemami psychicznymi. Jestem człowiekiem z zaleczonym borderlinem, któremu (co zaskakujące) pomogła arteterapia, którą przeszedłem w więzieniu. Niestety, wymaga to ode mnie pewnej samokontroli, którą tracę gdy destabilizuje się moje otoczenie. Wtedy staję się nieznośny, sram gniewem dookoła i jak to mówią za wielką kałużą, jestem pain in the ass dla całego mojego otoczenia. Tak też było w 2015 i 2016 roku. Z drugiej strony doskonale kreowałem się w internecie na gościa, który ma zajebiste życie i nie ma żadnych poważniejszych problemów. Do tego stopnia, że sam w to uwierzyłem. A gdy pewnego dnia znalazłem się na krawędzi i resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie przed użyciem przemocy wobec bliskiej mi osoby, uznałem, że potrzebuję coś zmienić. Wróciłem więc do Warszawy – początkowo na pół roku. W tym czasie wraz z M. mieliśmy ogarnąć terapię, siebie, swoje bałagany w głowach i w bezpośrednim otoczeniu. Czy się udało? To kwestia względna, mocno zależna od obranego punktu odniesienia. Gdy patrzę na to gdzie byłem 2 lata temu i gdzie znajduję się teraz, to widzę, że dokonałem całkiem niezłej wolty, przewracając moje życie do góry nogami.

Na początku 2017 roku, po dwóch miesiącach mieszkania w Warszawie, miałem wrażenie, że nie mam nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić i po ludzku pogadać. Doprowadziłem do sytuacji, w której czułem się cholernie samotny – odciąłem się od większości znajomych, których dzieliliśmy z moją żoną, bo z jednej strony nie wiedziałem na ile moja subiektywna i bardzo emocjonalna ocena wpłynie na ich ocenę sytuacji, a z drugiej miałem świadomość, że część osób przekazuje wszystko co powiem do mojej żony, czego bardzo chciałem uniknąć. W pewnym momencie, w zasadzie zupełnym przypadkiem, dowiedziałem się, że w moim otoczeniu jest ktoś absolutnie bezstronny, kto ma kontakt i ze mną, i z M. Ale unika dyskusji na temat naszego związku, naszych problemów i nie próbuje nawet angażować się w jakąkolwiek formę przekazywania informacji, w którąkolwiek ze stron. Uznałem, że może to być doskonała osoba, by pogadać z nią o zwyczajnych problemach, na które napotykam się każdego dnia, nie zbaczając na temat rozpadającego się kawałek po kawałku związku. Co zabawne, ta znajomość dała początek mojemu obecnemu związkowi. Związkowi, który jest pełen wsparcia, bliskości, zaangażowania w to, by na każdym kroku go rozwijać, oraz zwykłej wspólnej codzienności, nad którą skupiamy się oboje. Związkowi, który budowaliśmy bardzo powoli, z początku nieświadomie, nie spodziewając się nawet, że wyjdziemy gdzieś dalej poza przyjaźń. Szczególnie, że ja wciąż walczyłem o swój związek małżeński, niemal każdego dnia angażując się w dość długie, pełne emocji rozmowy z M. Zaczęliśmy od zwykłej, koleżeńskiej znajomości – czasem gdzieś wyskoczyliśmy, czasem siadaliśmy na dwóch końcach kanapy i na małym ekranie oglądaliśmy jakiś film, a czasem po prostu sobie rozmawialiśmy, zupełnie unikając tematu mojego związku, co do którego wówczas wierzyłem że jest jeszcze do naprawienia. Raz na jakiś czas coś ugotowałem i pisałem wtedy do Karoliny by wpadła na szamę, bo bardzo nie lubię jeść samemu, a gdy Karolina wpadała, to w zamian za nakarmienie ogarniała mieszkanie w którym żyłem, by nie zamieniło się w zupełną norę. Z czasem, gdy spędzaliśmy więcej czasu ze sobą, pojawiła się przyjaźń. Przez cały ten czas, Karolina dzielnie mnie wspierała – tak bym mógł spokojnie walczyć o swój związek i bym był w stanie utrzymać swoją głowę w ryzach, co pozwalało mi względnie spokojnie pracować na utrzymanie dwóch domów. Kilka tygodni później podjąłem jednak ostateczną decyzję o rozwodzie. Trudną, bardzo wyczerpującą emocjonalnie, taką, która sprawiła że chodziłem rozpieprzony przez kolejne 2 tygodnie, mając przy tym na głowie zorganizowanie Tweetupu (to takie spotkania użytkowników Twittera, nie mylić z politycznymi konferencjami prasowymi) w Bieszczadach – mając na to niecały miesiąc. I tutaj znów nieocenione było wsparcie Karoliny – przyjacielska bliskość która sprawiła, że nie byłem człowiekiem burrito przez cały czas, przygotowanie komunikacji z potencjalnymi sponsorami (w tym miejscu ogromne podziękowania dla Lidla, który zaprowiantował nas na ostatnią chwilę, przyklepując temat na tydzień przed wydarzeniem), ogarnianie ludzi oraz zakupów, jedzenia i mieszkania. A do tego przeogromna pomoc, gdy przeprowadzałem się na 2 dni przed wyjazdem. Nikt z nas się wtedy nie spodziewał, że po powrocie z Bieszczad podejmiemy decyzję o zamieszkaniu razem. Mimo, że nie planowałem angażowania się w nową relację przed rozwodem, to uznałem, że mam tylko jedno życie, którego już całkiem sporo zmarnowałem w latach swojej młodości. A gdy spacerując z Karoliną w Wetlinie poczułem, że to z mojej strony coś więcej niż tylko przyjaźń, postanowiłem, że warto dać temu uczuciu szansę. Spoiler: BYŁO WARTO.

Mieszkamy ze sobą ponad 13 miesięcy. Nasze kłótnie możemy policzyć na palcach jednej ręki. Nie wybiegam zdenerwowany z domu, nie krzyczę, nie rzucam wkurwionych postów w internet. Dojrzale rozwiązujemy wszystkie problemy. Gdy przez 2 tygodnie kwietnia pisałem odpowiedź na pozew rozwodowy, będąc zmuszony przeczytać ponad 25 tysięcy linijek rozmów na Facebooku i robiąc fast-rewind mojej głowy do tego całego emocjonalnego bagna, które wciągało mnie i sprawiało, że nie byłem znów w stanie normalnie funkcjonować, Karolina dzielnie, z dobrą miną do złej gry, siedziała u mojego boku, rozmawiała, wspierała i przytulała, gdy widziała jak ze mną jest źle. A nie zdziwiłbym się, gdyby się wówczas wyprowadziła. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że z perspektywy czasu wiem, że mogłem napisać krótką, kilkuzdaniową odpowiedź, która byłaby zupełnie wystarczająca. Niestety, przez ponad rok zbudowaliśmy z M. ogromny mur, co sprawiło, że straciliśmy do siebie zupełnie zaufanie. Każde z nas oczekiwało po drugiej stronie najgorszego, nie próbując nawet szukać dobrych intencji. Chcę wierzyć w to, że za kilkanaście miesięcy będziemy umieli znowu ze sobą rozmawiać, ale mam świadomość tego, że to jest dość trudny proces, który wymagałby dużo chęci od każdego z nas. Przez brak komunikacji i zaufania przygotowywałem się na to, że proces rozwodowy będzie ciężką przeprawą, trwającą kilka(naście) rozpraw. Okazało się jednak, że pod koniec maja skończyło się na jednej rozprawie. Na koniec podaliśmy sobie dłonie, szczerze życzyłem M. powodzenia (bo wierzę w to, że ma potencjał i talent. Robi doskonałe zdjęcia, które możecie zobaczyć m.in tutaj: https://gingercat.eu, więc jeśli szukacie fotografa na ślub, wesele albo wydarzenie które organizujecie, to z czystym sumieniem polecam) i wróciłem do domu, czując ogromną ulgę z zamknięcia tego rozdziału i wielką fascynację tym, co może mi przynieść przyszłość. Szczególnie teraz, gdy uporządkowałem sobie zdrowie – tak fizyczne, jak i psychiczne, nauczyłem się radzić ze stresem oraz zapewniać sobie prawidłowy work-life balance, przeprowadziliśmy się do ogromnego mieszkania, z równie ogromnym tarasem, gdzie mam niesamowity widok na Warszawę, inspirujące otoczenie oraz doskonałe warunki do pracy i życia. Rozwijam działalność, po kilku latach znalazłem chęci i motywację do ogarnięcia nowej strony internetowej, pozyskuję kolejnych klientów, próbuję nawiązywać relacje biznesowe zagranicą i przymierzamy się z chłopakami z którymi pracuję (Cześć Karol, siemanko Piotron) do założenia spółki. Wciąż mam problemy z koncentracją, ale z każdym tygodniem pracuję nad tym by możliwie dobrze wykorzystywać swój potencjał. Po cichu reanimuję też zaniechane projekty – spodziewam się teraz większej aktywności na tym blogu, gdzieś na boku odbudowuję portal o graniu w komputer, wróciłem do nauki programowania w Ruby i przymierzam się do tego, by w Angry Bytes oprócz hostingu premium i administracji serwerami powstał też software house. Z początku realizujący projekty biznesowe (zapewne w dużej mierze dla naszych obecnych klientów), a docelowo zajmujący się głównie produkcją gier komputerowych. I o ile wiem, że nie mam w tym doświadczenia, to zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później będę w stanie się tego nauczyć – tak jak innych rzeczy w moim życiu – od administracji serwerami, poprzez prowadzenie własnej firmy, po coraz bardziej profesjonalną fotografię.

Najbardziej jednak w perspektywie mojej przyszłości cieszy mnie to, że z jednej strony wykluczyłem ze swojego otoczenia toksycznych ludzi, którzy sprawiali, że czułem się znacznie gorszy, a z drugiej to, że mam w swoim otoczeniu tak dużo cudownych, pełnych wsparcia ludzi. Jak wspomniałem we wstępie tego wpisu, na początku 2017 roku byłem w chuj samotny. Teraz nie dość, że żyję ze wspaniałą dziewczyną, z którą chcę się zestarzeć i wierzę całym sercem że możemy tego dokonać, to mam jeszcze świadomość, że są w moim otoczeniu ludzie, których z całą pewnością mogę nazywać swoimi przyjaciółmi. Ludzie, którzy potrafią mi powiedzieć wprost, gdy uważają, że to co robię jest niewłaściwe oraz podają pomocną dłoń, gdy widzą, że sobie nie radzę. Ludzie, z którymi zdarza mi się pokłócić w nadmiarze emocji, wyrzygać na siebie wzajemnie nieco za dużo złości, by kilka dni później się pogodzić. Ludzie, z którymi potrafię usiąść na podłodze i przegadać całą noc, czasem o ważnych rzeczach, a czasem o zwyczajnych pierdołach.

Co ważniejsze, mam też świadomość tego, że są to ludzie którzy potrafią wydobyć na światło dzienne moje najlepsze cechy, zamiast tych najgorszych. Zabawnym jest też to, że potrafią mnie wzruszyć do łez, co jest naprawdę niewyobrażalnym sukcesem, zdarzającym się średnio raz na dekadę. Gdy na swojej imprezie z okazji 35. urodzin wyjąłem wydrukowane na komputerze prawo jazdy, które pozwalało mi jeździć autobusami i statkami kosmicznymi, zupełnie się nie spodziewałem, że chwilę później dostanę kopertę z voucherem na kurs prawa jazdy w pobliskiej szkole. I z całą pewnością mogę powiedzieć, że był to najlepszy, najbardziej wzruszający prezent, jaki otrzymałem w swoim życiu. Prezent bardzo przemyślany, pełen serca i, co najważniejsze dla mnie, rozwijający mnie. I gdy żyję ze świadomością tego, że otaczam się ludźmi którzy na swój sposób o mnie dbają, to wiem, że jestem w stanie osiągnąć wszystko co sobie zamarzę, gdy będą u mojego boku.

A wzruszony Kot wygląda tak:

PS
Jeśli czytasz ten tekst, a jesteś kimś, z kim kiedyś miałem kontakt, który w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach się urwał, to napisz do mnie. Zrobię dużo, by spróbować uratować naszą znajomość i odbudować naszą przyjaźń.