Więzienie

Gdy przyjdzie czekać…

Jest styczniowy, zimny poranek. Przez małe okienko samolotu lecącego z Warszawy do Paryża widzę słońce, leniwie wyglądające spomiędzy dwóch warstw chmur. Wkrótce będziemy lądować, a przez głowę przelatują mi dziesiątki wspomnień.

Był październikowy, deszczowy dzień. Przez małe okienko policyjnego transportu widziałem żyjące zwykłym rytmem miasto. Ktoś śpieszył się do pracy, ktoś inny stał na przystanku tramwajowym. Przez przyciemnioną, lustrzaną szybę o rozmiarach 8×30 cm zauważyłem uśmiechniętą blondynkę, rozmawiającą przez telefon. Chłonąłem te wszystkie obrazy, pożerałem wzrokiem te drobne szczegóły, bo miałem świadomość, że za kilka minut zamknie się za mną więzienna brama. Jeszcze nie wiedziałem na jak długo, w głowie tkwiło mi przekonanie, że na 2, może 3 miesiące. Minąłem Arkady Wrocławskie, zostały mi jeszcze 3 minuty. Czerwone światło, to dodatkowa minuta, kilka roześmianych studentek przebiegło przez jezdnię. Wypatrywałem znajomych twarzy, bezskutecznie. Ruszyliśmy, a ja czekałem na cud, na jeszcze jeden postój, na jeszcze jedną chwilę. Czekałem po raz pierwszy.

Na Facebooku umieszczam zdjęcie przedstawiające widok z okna paryskiego hotelu. Gdzieś w tle, za dachami budynków majaczy szczyt wieży Eiffla. Żartuję sobie, że gdy w ofercie hotelu jest pokój z widokiem na wieżę Eiffla, to może to wyglądać właśnie tak. Ale to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy. Po prostu mogę się ubrać, wyjść i 20 minut później jej dotknąć. Tak po prostu.

Zimny, styczniowy wieczór. Kilka godzin wcześniej zakończyła się moja kolejna sprawa. Na ówczesną chwilę pozostały mi cztery lata do końca wyroku, przekonanie o 3 miesiącach rozwiało się w kilka minut po przekroczeniu więziennej bramy. Cały mój więzienny dobytek leżał zawinięty w dwa zniszczone, brudne koce na środku celi. Czekałem na zmianę oddziału, bo wraz z końcem sprawy, zakończyło się również tymczasowe aresztowanie, które uniemożliwiało mi korzystanie z telefonu, albo narzucało kilkutygodniowe opóźnienia w korespondencji z uwagi na cenzurę listów. Siedziałem na starych materacach, dopijając ostatnią w tej celi kawę. W szwie w spodniach miałem schowane 2 grypsy od moich towarzyszy, zawierające numery telefonów i krótkie wiadomości do ich najbliższych. To jest więzienie, tu trzeba sobie pomagać. Czekałem po raz drugi.

 

Kolejny styczniowy, słoneczny poranek. Aplikacja na telefon mówi mi, że przemykam z prędkością 253 km/h przez środkową Francję. Siedzimy na pokładzie pierwszej klasy w TGV z Paryża do Lyonu. Izrael Kamakawiwo’ole w moich słuchawkach śpiewa, że gdzieś po drugiej stronie tęczy spełniają się marzenia. Właśnie realizuję jedno z moich. Nie potrzebowałem do tego tęczy.

Marcowy, wczesny poranek. Dwa dni temu zmieniłem oddział po raz kolejny. Za 20 minut miałem rozpocząć pierwszy dzień pracy w więziennej bibliotece. Ubrany, siedziałem w pełni regulaminowo zapięty po ostatni guzik. Minęło pół godziny, czterdzieści minut, godzina. Zostałem w celi sam, reszta współtowarzyszy już wyszła do pracy. Po ponad dwóch godzinach klawisz przyszedł, by powiedzieć mi, że mogę się rozebrać, bo dzisiaj wolne. Uroczo z jego strony.

 

Wciąż Lyon, rozmawiamy, śmiejemy się, cieszymy się drobiazgami. Jest nadzwyczaj ciepło, jak na tę porę roku. Skręcamy przypadkiem w złą uliczkę, po czym trafiamy na niewielki bazarek. Zachwyceni kolorowymi owocami i warzywami w aluminiowych miskach, kupujemy kilogram klementynek. Są obłędnie pomarańczowe, a przy niemal każdej są jeszcze liście. Obieram pierwszą z nich, a sok ścieka mi po palcach. Słodki, niesamowicie pachnący. Nigdy jeszcze nie jadłem tak dobrych klementynek, a kosztowały nas tylko 1 euro.

Październikowe popołudnie. Za kilka minut miałem pójść na zakupy z pierwszej wypłaty w nowej pracy. To już kolejny zakład karny w którym byłem i druga biblioteka w której pracowałem. Każdego dnia wychodziłem na cztery godziny do pracy, by raz w miesiącu dostać 110 zł na drobne wydatki. Wychowawca prowadził mnie do kantyny, gdzie pilnowałem się by nie wydać więcej niż połowy pieniędzy. Wtedy kupiłem cukier, herbatę, dwie kawy, dwie czekolady, śmietankę do kawy i żel pod prysznic. Zaszalałem też i kupiłem 2 banany. Wydałem 58zł. Na kolejne zakupy pozostało mi do dyspozycji 52 zł. Zastanawiałem się, czy uda mi się zaoszczędzić na żelu pod prysznic. Gdy nie pracowałem, przysługiwała mi jedna kąpiel w tygodniu, więc było łatwiej. Mój wychowawca zostawił mnie i sobie poszedł, więc znów czekałem. Niecierpliwie, bo w celi czekała na mnie przemycona książką. Kilka dni wcześniej odkryłem Vonneguta, więc nadrabiałem każdego dnia zaległości. Z fascynacją patrzyłem, jak bohaterowie jego książek bezskutecznie próbują odmienić swój los. Zupełnie jak ja.

 

Wtorek, wczesne popołudnie. Niebawem wsiadamy w kolejny pociąg, by z Paryża pojechać do Londynu. Rozglądam się w poszukiwaniu apteki, bo dzień wcześniej rozbolał mnie ząb. Znajduję, kupuję opakowanie Ibupromu i idę w stronę dworca. Za godzinę ibuprom zacznie działać i ból minie.

Środek lutego. Od rana zwijałem się z bólu i wymiotowałem żółcią. Co kilka minut waliłem w stalowe, wzmacniane drzwi, wołając klawisza. Byłem zlany potem, a cały brzuch pulsował z bólu, wrażliwy na każdy ruch. Klawisz przychodził, zapewniał mnie, że lekarz jest powiadomiony i że przyjmie mnie jak będzie miał czas. Późnym popołudniem przyszedł i stwierdził, że lekarz ma za dużo przyjęć i może nie mieć dla mnie dzisiaj czasu. Wyobraziłem sobie, że wbijam mu rozżarzony pogrzebacz w oko, po czym zwymiotowałem żółcią na jego buty. Chyba zrozumiał powagę sytuacji, bo 20 minut później czekałem u lekarza. Krótkie badanie wykazało kolkę nerkową. Cztery zastrzyki w dupę, oraz zapisany tramal na 3 dni. Już w celi czekam niecierpliwie, aż zaczną działać, po czym wieczorem odpływam.

 

Środa, wieczór. Idziemy londyńską uliczką, z przejęciem rozmawiając o tym, czego przed chwilą doświadczyliśmy. Nucimy „Hakuna Matata”, wspominając Simbę, którego w musicalowej wersji Króla Lwa grał kilkunastoletni chłopiec. Rozmawiamy o kolorowych dekoracjach, kostiumach i kilkumetrowym, drewnianym duchu Mufasy. Ja nucę melodię z Jamesa Bonda, gdyż przed musicalem, w londyńskim Muzeum Filmu zwiedzaliśmy wystawę pojazdów, użytych w filmach, a Gosia śpiewa piosenki z Króla Lwa. Musicalu, który grają od 16 lat.

Marzec. Wychowawca przyniósł nam właśnie płytę z filmami. Nasz regulaminowy, czternastocalowy telewizor stał w jednym kącie celi, a ja leżałem na górnym łóżku w drugim. W więzieniu oglądało się tylko filmy z lektorem, zazwyczaj głos podkładał Sasza, działający od wielu lat na rynku polonizowania zagranicznych produkcji i znany ze swojego charakterystycznego, rosyjskiego akcentu. I mimo tego, że ledwie rozróżniałem to co działo się na ekranie, emocjonalnie angażowałem się w akcję. Myślę, że gdyby wtedy w kinach była osiemnastogodzinna ekranizacja Ulisessa, to moja fascynacja nie byłaby wcale mniejsza. Nowość to nowość, nad czym tu myśleć?

PS
Historia mojego pobytu w zakładach karnych i resocjalizacji jest nieco dłuższa. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, to zachęcam do przeczytania: