Wyobraź sobie, że zaczynasz właśnie swoją blogerską karierę. Wchodzisz na tę fascynującą ścieżkę ze świadomością, że na jej końcu czekają na Ciebie piękne kobiety, przystojni mężczyźni (szybki #derail, jeszcze ciepły: Ranking 10 najprzystojniejszych polskich blogerów), ogromne hangary, w których trzymasz swoje #darylosu, a na imprezach karmią Cię kawiorem i Somersby młode hostessy. Wiesz, że przed Tobą kilka lat ciężkiej pracy, więc obmyślasz sobie drogę na skróty. Drogę, która zaprowadzi Cię na szczyt w rok, może dwa. Drogę dzięki której już za miesiąc dostaniesz zaproszenie na #BFGdansk w roli gościa honorowego. Drogę, na której poślizgniesz się, skręcisz kostkę, a potem zjebiesz w przepaść na pierwszych 100 metrach, zanim jeszcze zobaczysz kuriera podążającego na białym rumaku z Twoją inauguracyjną paczką z kosmetykami za 50zł. Taką właśnie drogę wybrał Naspidowany i to się nie mogło skończyć dobrze. Więc chodź, drogi Czytelniku, opowiem Ci tę historię.

Kilka miesięcy temu z fascynacją patrzyłem, jak całkiem sporo moich znajomych udostępnia na facebooku wpisy z jego bloga. Zjawisko było całkiem masowe, widziałem share’y od ludzi, którzy rzadko coś puszczają dalej, a częściej biernie konsumują treści, a na dodatek moje podejrzenia wzbudziło to, że wpisy te nie zaskakiwały ani poziomem, ani oryginalnością. Ot, blog jak blog, teksty jak teksty, widywałem sporo lepszych.

W tym samym czasie autor bloga napisał do mnie z prośbą o dodanie do listy Blogosfera – jest to lista, którą prowadzę na Facebooku, a która zawiera kilkaset prywatnych profili polskich blogerów (nota bene, jeśli chcesz bym Cię dodał, napisz śmiało – uprzedzam jednak od razu: na liście znajdują się jedynie prywatne profile, a nie fanpage blogów, oraz musisz na swoim prywatnym profilu publikować regularnie treści inne niż linki do bloga).

Minęło półtora miesiąca, blog przewijał się przez mój newsfeed wielokrotnie, a mnie pomału zaczęła intrygować jego popularność. Co zabawniejsze, zacząłem otrzymywać powiadomienia, że autor obserwuje mnie na Twitterze. I nie ma tu przejęzyczenia – nie jedno powiadomienie, a kilka powiadomień w ciągu 2 tygodni.

Preludium do rozwiązania zagadki nastąpiło w połowie maja:

 

Równoległe do Pawła Opydo zgłosił się ktoś z prośba o opinię nt. Naspidowanego, co skłoniło go do podjęcia tematu:

Przeczytałem, a ze swojego walla przy tej okazji usunąłem dwa udostępnienia oraz cofnąłem nieświadomie danego lajka, po czym uznałem, że to dobra okazja, by zapytać znajomych, czy lubią go świadomie:

Jak się okazało, większość dała się złapać na likejacking. Naspidowany (aka Piotr Olszewski) zapytany o całą sytuację stwierdził, że za kilka dni wszystko wyjaśni we wpisie na blogu, którego do dziś się nie doczekaliśmy:


W międzyczasie za to okazało się, że to nie pierwsza akcja Naspidowanego (znanego także jako Pido, handlarza farmami fanów na FB):

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Temat wówczas rozszedł się po kościach, mi za bardzo nie chciało się nawet kontynuować, a i wyszedłem z założenia, że raz przyłapany na gorącym uczynku nie będzie takim kretynem, by próbować ponownie.

Nadchodzi jesień. Złota polska jesień, niektórzy popadają w nastrój melancholii, inni w tym nastroju popełniają te same błędy. Naspidowany jednak nie okazał się sprytnym i przewidującym młodzieńcem, tylko ponownie spróbował starej sztuczki ze zbieraniem polubień skryptem:

Po tym statusie skrypt znowu zniknął, natomiast skłoniło mnie to do bliższego przyjrzenia się praktykom Naspidowanego, szczególnie że atmosfera nieufności ku temu sprzyjała i coraz więcej ciekawych faktów wypływało na wierzch – z poniższej dyskusji na Twitterze można się dowiedzieć m.in. o hurtowym zapraszaniu blogerów do znajomych na FB, oraz kolejnej fali masowych follow/unfollow na Twitterze i Insta:

Czarę goryczy przelała rozpoczęta komercyjna współpraca oraz ten oto obrazek przedstawiający żebroblogera w akcji:

 

Wyszedłem z założenia, że to dobry moment, by zebrać do kupy wszelkie grzeszki Naspidowanego. Na pierwszy ogień poszedł Twitter. Ponad 13 tysięcy obserwujących to całkiem niezły wynik jak na polskie warunki. Czy aby na pewno? Okazało się, że większość to zakupieni wcześniej, nieaktywni, obcojęzyczni followersi, którzy statystycznie wyglądają tak:


Postanowiłem też stworzyć projekt na Brand24, by dowiedzieć się, kto go tak naprawdę udostępnia w sieci. I przecierając oczy z niedowierzaniem zobaczyłem listę 45 facebookowych stron, z których każda dokładnie o tej samej godzinie publikowała te same treści (przy czym na screenie tylko wycinek kolekcji):

 

1415141115_thumb.png

Pamiętacie wcześniejszą wzmiankę o handlu farmami fanów? Busted! Co zabawniejsze, real time marketing był grany pełną gębą, żal w końcu było nie skorzystać z takiego nośnego tematu jak czyjaś śmierć:

1415141319_thumb.png

We wspomnianym wcześniej wątku u Pawła Opydo, Naspidowany postanowił się wreszcie odnieść do zarzutów:

 

1415142017_full.png

Przy czym moja swobodna interpretacja brzmi: „Przyznaję się do likejackingu i floodingu na twitterze, ale w zasadzie to nie mamy Pańskiego płaszcza i co nam Pan zrobi. Nic nie wiem o plagiacie, pokaż mi palcem. Odcinam się od blogosfery, muszę uciułać pieniądze, żeby zrobić coś fajnego co pokaże za 2 miesiące, co mnie nieco wybieli w Waszych oczach, a w ogóle to jeszcze jebnę na koniec słabym NLP, żeby nikt tego nie opisał.”

Na pytanie o plagiat pojawiła się od razu szybka odpowiedź (w skrócie, poszło o publikowanie tekstów zakupionych wcześniej na potrzeby innego projektu pod swoim nazwiskiem na swoim blogu):

1415142386_full.jpeg

W międzyczasie Naspidowany ogarnia kolejną akcję. Na swoim kanale Youtube publikuje poniższe nagranie:

I znów zaczynają się nieuczciwe zagrywki – film promowany jest z (już zbanowanego) multikonta na wykopie, założonego tylko po to by wrzucać tam teksty Naspidowanego:
Zrzut ekranu 2014-11-03 20.42.06

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że po poprzednich akcjach wietrzę wszędzie u Naspidowanego podstęp. Do tego stopnia, że będąc przekonanym o zakupie odsłon na YT zapytałem zaprzyjaźnionego youtubera o taką możliwość. Przedyskutowaliśmy temat, z początku był nawet skłonny uznać taką możliwość, zważywszy na stosunkowo niewielką ilość interakcji, jak jednak się okazało – ilość udostępnień oraz obecność filmu na Demotywatorach, Kwejku, Wykopie i JoeMonster spokojnie wystarczyła by wygenerować taki ruch.

Tu słowo wyjaśnienia – ponownie pozwoliłem sobie odnieść się do konkretnej osoby i całokształtu jej działalności. Nie zrobiłem tego z czystej złośliwości, a po to, by pokazać początkującym blogerom niemal kompletny zakres praktyk nieakceptowanych przez społeczność. Bo mimo odcięcia się Naspidowanego od blogosfery, takie akcje zdecydowanie nie wpływają dobrze na jej pozytywny wizerunek, deprecjonując przy tym codzienną pracę ludzi, którzy zdecydowali się działać legalnie. I nazywając sprawę po imieniu – jest to zwykłe oszustwo. Próba wyłudzenia pieniędzy od nieświadomych niczego marek i agencji. Co ważniejsze, jest to całkowite zaprzeczenie idei blogów jako medium zbliżającego twórcę z odbiorcą – bo czego oczekiwać od twórcy, który swoją społeczność traktuje tylko i wyłącznie jako maszynkę do robienia kasy?

Dlatego zakończę dość wulgarnie: morał tej historii jest powszechnie znany, nie dymaj społeczności, bo zostaniesz wydymany.

Disclaimer: celowo pominąłem tutaj całkiem sporo pobocznych wydarzeń związanych z Naspidowanym – nie chciałem konkretnie pokazywać, kto dał się na Naspidowanego naciąć.

  • Pingback: Nieregularne podsumowanie wydarzeń nic nieznaczących #2 | Qatrykowe boje()

  • Pingback: Paweł Opydo: blogowanie to najlepsza praca na świecie [WYWIAD] | Żudit.pl()

  • Z braku reakcji/konsekwencji również można wyciągać wnioski.

  • Pingback: Blogerem być | Adaptacja()

  • Magda Xeyzedd

    Weszłam akurat na ten wpis przypadkiem. Nie czytam normalnie komentarzy w necie (chyba, że z powodu czysto psychologiczno – socjologicznej analizy i robię to bardzo rzadko). Powiem szczerze. Jestem przerażona. Siłą rzeczy ja także żyję w wirtualnej rzeczywistości, jak obecnie większość ludzi. Uważam, że technologiczny rozwój daje nam ogromne możliwości, możliwości jakich nie mieliśmy nigdy dotąd. Mogę powiedzieć, że nawet jestem fanką wirtualnej rzeczywistości. Ale… Skąd moje przerażenie? Przepraszam każdego, kto poczułby się urażony moim wpisem. Ale przeczytajcie Wasze komentarze. W kontekście całej tej dyskusji (to ważne, także w świetle całej tej „afery”). Czy to jest istota naszego życia? Przecież to jest jakiś totalny absurd. Absurd, który tak naprawdę nie istnieje, a jego rzekome „znaczenie” jest nadawane wyłącznie przez samych zainteresowanych.