Facebook Internet Social Media

Gdy musisz zapłacić reputacją

Nigdy nie zrozumiem osób, które oczekują ode mnie, bym przychylił się do ich zdania, nawet gdy się z nim nie zgadzam. Takie sytuacje co jakiś czas zdarzają się w życiu, a i coraz częściej przechodzą na grunt internetu. Czasem jest to po prostu dyskusja, w której Twój znajomy nie ma racji, a czasem jest to oczekiwanie, że za content zapłacisz lajkiem lub sharem.

To drugie jest fajne, o ile autor na końcu poprosi o to, by podzielić się treścią z innymi. Zresztą, gdy treść jest wartościowa, to sam się nią dzielę ze znajomymi, bez niczyjego pytania. Gorzej, gdy trafiam na stronę, gdzie po 150 znakach, pojawia się box z komunikatem: “Podoba Ci się początek tekstu? To poleć innym i czytaj dalej. Share the love!” 

No chyba nie. Bo gdy dzielę się tekstem z innymi, oznacza to kilka rzeczy:

  • Że zgadzam się z tezą postawioną w tekście (albo, że się zdecydowanie nie zgadzam, co wyraźnie zaznaczam)
  • Że tekst na swój sposób jest wartościowy i czas poświęcony na jego przeczytanie nie będzie czasem zmarnowanym
  • Że za powyższe ręczę JA. Osobiście.

Jasne, wrzucam na swoją tablicę bardzo dużo obrazkowego śmietnika. Tak średnio 3 obrazki dziennie. Najczęściej te, które uważam na swój sposób za zabawne i nie wymagające więcej niż kilkanaście sekund uwagi. Natomiast artykułami dzielę się rzadko, bo wymagają czasu. Dlatego średnio udostępniam znajomym 5% przeczytanych treści. To mało, wiem. Ale to gwarantuje też, że większość znajomych przeczyta to, czym się z nimi podzieliłem.

Gdy ktoś oczekuje ode mnie, że podzielę się tekstem po przeczytaniu zajawki, a potem będę czytał dalej, to jest w błędzie. Jest to zachowanie godne gimbusiarskich klonów kwejka, które wymagają ode mnie, bym po kliknięciu na link prowadzący do obrazka polubił stronę, obrazek, cokolwiek, by nagonić kolejne, naiwne osoby. Swego czasu te gówniane strony robiły coś gorszego i wrzucały z automatu linka na Facebooka. Gdy coś takiego znalazło się przypadkiem na mojej tablicy, to potem się wstydziłem. Naprawdę. A tych znajomych, którzy są mniej ogarnięci internetowo i  linkowali do czegokolwiek, wymagającego polubienia, by się z tym czymś zapoznać, grzecznie pouczałem. Z reguły skutecznie. Nie wiem, czy takie działania są dalej w modzie, bo po prostu nie klikam. Oduczyłem się, by przypadkiem nie wdepnąć w kupę i nie roznieść jej po pokoju.

Reputacja, to wbrew pozorom droga waluta, którą bardzo łatwo można zdewaluować.

Przykra jest sytuacja, że do napisania tej notki, skłonił mnie zabieg dość rozpoznawalnej w internecie osoby, która wdrożyła taki system na swoim blogu. To smutne, że do gówniarskiej metody, która służy w samym swoim założeniu promocji kiepskich treści, ucieka się osoba opiniotwórcza i pisząca często o internecie. Po czym komentuje:

“duzo sobie liczysz” = jeden tweet. i don’t want to live on this internet anymore…

I twierdzi, że zawsze można potem skasować tweeta, albo cofnąć lajka. Serio, wolałbym zapłacić przelewem, SMSem, albo zobaczyć oczojebny banner, który wyskoczy mi pod koniec tekstu z żebraniem o lajka, żeby wieść niosła się dalej.

Doprawdy, czasem nie rozumiem ludzi.

 

Wpis pierwotnie pojawił się na IT Tech Blog